„Dziewczyny ze Słowaka”, wydane w lipcu br., to powieść opowiadająca o bohaterstwie uczennic, absolwentek i nauczycielek warszawskiego Liceum im. Juliusza Słowackiego w czasie okupacji niemieckiej i Powstania Warszawskiego. Książka bazuje na biogramach tych kobiet, a także prawdziwych, osobistych zapiskach, które zachowały się w archiwum szkoły. Z tej racji, że pozycja ta skupia się na losach kobiet, przywracając im miejsce na kartach historii, jest nazywana dziewczyńskim odpowiednikiem „Kamieni na Szaniec”. Maria Paszyńska, autorka książki, varsavianistka i pasjonatka historii, opowiada WARSAW DAILY o kulisach powstania „Dziewczyn ze Słowaka”, o zamiłowaniu do Warszawy oraz o bohaterkach swojej powieści.

WARSAW DAILY: Maria Paszyńska – pisarka, felietonistka, varsavianistka, pasjonatka historii. Skąd u Ciebie zamiłowanie do historii?

Maria Paszyńska: To jest pytanie z gatunku tych o niezgłębione tajemnice wszechświata, czyli tak jakby zapytać o początek miłości, dlaczego zakochałaś się w tej a nie innej osobie (śmiech). Od zawsze byłam człowiekiem opowieści, bajki, kochałam „Opowieści z zaczarowanego lasu”, Andersena… W pewnym wieku jednak wyrasta się z tych baśni. U mnie też tak było. Gdy miałam 11 lat i poszłam do czwartej klasy, zaczęły się lekcje historii. To właśnie one zastąpiły mi ukochane baśnie. Miałam wrażenie, że te lekcje to opowiadanie baśni, tylko takich, które wydarzyły się w rzeczywistości. Nie mieściło mi się w głowie, że mogę w szkole realizować swoją pasję i dostawać za to dobre oceny. To był taki przełom i od tamtego czasu historia stała się moim ulubionym przedmiotem. Na studiach, na iranistyce, również wybrałam specjalizację historyczną pod okiem profesora Bogdana Składanka. A na kolejnych – turkologii – moimi ukochanymi zajęciami były te z historii Turcji z profesorem Dariuszem Kołodziejczykiem. Dziś piszę powieści historyczne. To zamiłowanie z dzieciństwa zostało mi na życie.

A skąd mięta do Warszawy?

Do Warszawy przyjechaliśmy z Dolnego Śląska, gdy miałam siedem lat. Do pierwszej klasy podstawówki poszłam więc już w stolicy. W pewnym momencie zorientowałam się, że bycie „adopcyjnym dzieckiem” Warszawy nie oznacza, że jestem gorsza. Warszawa to moje miasto - matka, dobrze ją znam, mam tutaj swoje miejsca, drzewa, parki, szkoły czy nawet pana w kiosku. Gdy miałam nieco ponad dwadzieścia lat zapragnęłam ją dogłębnie poznać. Chciałam wiedzieć na jej temat dosłownie wszystko, dlatego zapisałam się na dwuletni kurs w PTTK i jestem licencjonowanym przewodnikiem, mimo że nie wykonuję tego zawodu. Warszawa jest miastem zagadką, trzeba się trochę wysilić, żeby odnaleźć jej perełki. Fascynująca jest również historia tego miasta, czy jego wielokulturowość. Sama historia chociażby warszawskiego cukiernictwa to bardzo szeroki, ale i porywający temat, a jest tylko jednym z wielu. Generalnie im więcej wiem, tym więcej chcę wiedzieć i coraz bardziej lubię moje miasto. Nie wyobrażam sobie życia gdzie indziej.

W 2015 roku zadebiutowałaś powieścią „Warszawski niebotyk”. Kiedy nastąpił moment, że zrozumiałaś, że masz warsztat i chęci, żeby dzielić się z innymi swoją pasją poprzez pisanie książek?

Już w dzieciństwie zorientowałam się, że mam lekkie pióro a w mojej głowie rozgrywa się jakieś równoległe życie, tworzą się w niej przeróżne opowieści. W liceum pisałam musicale, które następnie były wystawiane. Mimo tego zawsze wydawało mi się, powinnam mieć „normalny” zawód. Może orientalistyka, którą ukończyłam, nie wydaje się „normalna”, ale wbrew pozorom jest bardzo praktycznym wyborem, Dzięki tym studiom znam np. różne nietypowe języki. Ukończyłam również prawo i byłam na aplikacji adwokackiej. Jednak coś mnie gniotło w duszy, żeby spróbować, pokazać komuś te równoległe światy we mnie. W końcu zdobyłam się na akt odwagi, napisałam „Warszawski niebotyk” i przesłałam książkę do wydawnictwa. Byłam w szoku, że ktoś chce to wydać a ktoś inny czytać. Zresztą nadal czuję się bardzo uprzywilejowana, bo mogę opowiadać historie i jest to moja praca.

Jesteś, tak jak bohaterki Twojej książki, dziewczyną ze Słowaka, czyli absolwentką liceum im. Juliusza Słowackiego, które znajduje się na starej Ochocie. W książce „Dziewczyny ze Słowaka” wspomniałaś, że do opowiedzenia historii uczennic tej szkoły, walczących w czasie Powstania Warszawskiego, zainspirowała Cię aktualna dyrektor szkoły – Agata Dowgird.

Gdy chodziłam do tego liceum, za czasów poprzedniego dyrektora, nie było jeszcze wtedy retoryki Powstania. Przywracanie pamięci o Powstaniu zaczynało się wtedy, gdy ja szkołę kończyłam, czyli około 2004 roku. Nie wiedziałam więc nic o wojennych losach uczennic mojego liceum. W 2022 roku zostałam zaproszona na stulecie obchodów nadania szkole imienia Juliusza Słowackiego. Dodam, że sama szkoła istnieje od połowy XIX wieku, ale w 1922 roku została upaństwowiona i nadano jej patrona w osobie poety. Podczas tych obchodów aktualna pani dyrektor Słowaka, Agata Dowgird, czytała przemówienie, wspominając o dziewczynach z czasów okupacji i Powstania, dodając że ma nadzieję, że kiedyś ktoś napisze taki dziewczyński odpowiednik „Kamieni na Szaniec”, opisując historie dziewczyn ze Słowaka. I to był ten moment, taki błysk. Wymieniłyśmy z panią dyrektor spojrzenia, po czym wróciłam do domu i wiedziałam, że to musi się stać. Potem zaczęła się przygoda z zagłębianiem się w tę historię.

Słowak od zawsze był bardzo nowoczesną szkołą – zarówno jeżeli chodzi o architekturę, jak i o podejście do nauczania.

Budynek szkoły jest modernistyczny, dlatego dużo ludzi myśli, że pochodzi z lat 60., a nie 30., jak to jest faktycznie. Od początku wybijał się na tle innych, był bardzo nowoczesny. Zresztą delegacje z całego świata przyjeżdżały oglądać szkołę i inspirować się nią. Podziw budziło samo zagospodarowanie przestrzenne, światło, dopływ świeżego powietrza. Słowak już wtedy miał np. okna uchylne z systemem szwedzkim, choć przecież przed wojną okna były podwójne, których otwieranie stanowiło niemały problem.

Słowak zachował również całkiem pokaźne archiwum.

Mimo, że w czasie wojny w szkole stacjonował Wehrmacht, dyrektor Kasperowiczowej i uczennicom udało się pochować wiele materiałów dotyczących szkoły, dlatego archiwum Słowaka jest dość pokaźne. Przykładem może być chociażby przedwojenna tabliczka szkolna. Biorąc pod uwagę, że Warszawa w czasie Powstania przeżyła swój „koniec świata” są to bezcenne pamiątki. Zachowały się także kroniki szkolne, w których uczennice relacjonowały różne wydarzenia z życia szkoły, np. relację z wycieczki na wystawę Matejki w Zachęcie pod koniec lat trzydziestych. Oprócz samych relacji z wydarzeń, jest dużo osobistych wstawek. Dla przykładu, kiedy dziewczyny opisywały rejsy po Wiśle, wspominały, że było strasznie dużo komarów i dziwnych chłopców. Słowak był żeńską szkołą, więc z oczywistych przyczyn zwracały uwagę płci przeciwnej. Zachowały się również „pamiętniczki”, gdzie dziewczyny wpisywały się sobie wzajemnie. To wszystko pozwoliło mi nieco głębiej wniknąć w ich świat.

Czyli dzięki tym dość osobistym materiałom mogłaś lepiej poznać swoje bohaterki, wejść w ich głowę?

Nie dość, że bazowałam na opisach postaci historycznych, ich biogramach i faktografii, miałam także wgląd w ich „dziewczęce głowy”. Rymowanki, które pojawiają się w książce, nie są wymyślone. To wierszyki z tamtych czasów, jak chociażby ten: „Ruda małpa ze Staszica, a z chłopaka z Batorego nie wyrośnie nic dobrego”. Starałam się, żeby w tej książce mnie było jak najmniej a jak najwięcej dziewczyn. Ktoś skwitował, że moje bohaterki niekiedy zachowują się nieco pensjonarsko, ale cóż zrobić, skoro one takie były. Pamiętajmy, że Słowak był elitarną szkołą, znakomitą większość uczennic stanowiły dziewczyny z tzw. dobrych domów. Jednak gdy zostały wyrywane z tego idealnego „pensjonarskiego” świata i wrzucone w okrucieństwo wojny, okazało się, że nie rozłożyły rąk, nie wdychały soli trzeźwiących, tylko wzięły się w garść i zdały egzamin. Helena Kasperowiczowa, ówczesna dyrektorka szkoły, wychowała bardzo nowoczesne kobiety. Sprawcze, zaradne, wiedzące czego chcą. Odpowiedzialne.

W Słowaku sama kadra dawała przykład nowoczesności. Mam na myśli profesor Marię Bujalską, nauczycielkę historii.

Była ona pierwszą w historii Polski absolwentką wydziału historycznego Uniwersytetu Jagiellońskiego, dyplom uzyskała w 1911 roku. Warto dodać, że w latach okupacji hitlerowskiej prowadziła tajne nauczanie. Następnie aresztowano ją, przetrzymywano na Pawiaku, a potem wywieziono do niemieckiego obozu koncentracyjnego KL Ravensbrück. W obozie nie przestała nauczać młodzieży i dorosłych.

W Słowaku uczyły się dziewczyny z domów profesorskich, dziennikarskich, córki wysoko postawionych wojskowych. Jednak na Ochocie było też dużo ludzi biednych.

Ochota 20-lecia międzywojennego to chyba jedna z bardziej absurdalnych warszawskich dzielnic. Sanacja nie do końca miała pomysł co tam zrobić. Planowano utworzenie dzielnicy wojskowej ze względu na bliskość Pola Mokotowskiego. Chciano również, żeby była to dzielnica nauki i techniki, gdzie miało być wielkie muzeum techniki, obok dzisiejszego budynku dyrekcji Lasów Państwowych. Przed tym budynkiem miał stanąć meczet a po bokach planowano wyznaczyć ulice Mekki i Medyny. Przy placu Narutowicza stał już monumentalny Dom Akademicki projektu Tołłoczki oraz uznawany za najwybitniejsze dzieło polskiego modernizmu bazujący na formach historycznych kościół Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny (choć wszyscy i tak nazywają go kościołem św. Jakuba) projektu Oskara Sosnowskiego. Z drugiej strony, przy tym samym placu mieściły się „czworaki” [red.: budynek mieszkalny o czterech mieszkaniach, z których każde ma wejście z zewnątrz], czy szkoła powszechna w drewnianym baraku. Nie brakowało takich „atrakcji” jak urwany w połowie ulicy asfalt, czy wylewanie wiader z fekaliami na ulice, gdy tuż za rogiem znajdowały się nowoczesne mieszkania z kanalizacją.

Dziewczyny ze Słowaka korzystały z zasobów tej „lepszej” Ochoty.

Nie dość, że były dobrze kształcone, zachęcano je także do podążania za swoimi talentami. W celu ich rozpoznawania nauczyciele prowadzili tzw. karty uczennic. Gdy któraś z dziewcząt przejawiała talent plastyczny, urządzano plenery i wypady do galerii. Dla tych z talentem sportowym, było dostępnych mnóstwo aktywności fizycznych, podczas których mogły rozwijać te umiejętności. Część dziewczyn mogło rozwijać swoje społeczne kompetencje poprzez pomoc bezdomnym mieszkańcom Ochoty. Ze Słowakiem sąsiadowało małe osiedle dla bezdomnych i dziewczyny chodziły tam, pomagając nie tylko w edukacji, ale również w podstawowej nauce higieny, profilaktyce zdrowia. Młode dziewczyny niosły kaganek oświaty często do bardzo dojrzałych kobiet, co było bardzo rozbudowaną misją społeczną.

Co kryje się pod terminem „dziewczyny ze Słowaka”?

Pod tym terminem ukryłam trzy grupy kobiet w różnym wieku. Dziewczyny, które były maturzystkami w 1944 roku, czyli tę najmłodszą grupę absolwentek. Oprócz nich w książce pojawiają się dziewczyny, które zdawały maturę tuż przed wojną, czyli zrobiły pierwszy krok ku spełnieniu snów o swoim pięknym, dojrzałym życiu. Zależało mi także, żeby podkreślić rolę nauczycielek, które historia tak często pomija, a które były właściwie dla tych dziewczyn takimi drugimi matkami. Kobiety te były bardzo zaangażowane w wykonywaną pracę. Co prawda nie obowiązywała wtedy na Mazowszu ustawa o celibacie nauczycielek, ale i tak część z nich rezygnowała z założenia własnej rodziny, bez reszty poświęcając się wychowaniu czyichś córek. W mojej książce pojawia się opis ceremonii żałobnej z 1945 roku, kiedy to wspominano dziewczyny, które zginęły w Powstaniu. Właśnie tam stawiam pytanie: gdzie jest miejsce na żałobę nauczycielek? Zależało mi, żeby oddać im honor i nakreślić los tych pominiętych kobiet.

 

 

Dokonałaś subiektywnego wyboru swoich bohaterek. Na jakiej zasadzie wyselekcjonowałaś postaci?

Przy każdej mojej powieści mam tę samą zasadę: kompulsywnie oczytuję się w danym temacie, czyli czytam dosłownie wszystko co mogę zdobyć, a potem analizuję, co we mnie zostało. Gdy tych bohaterek jest dużo, jest ryzyko, że one zleją się w jedną masę i potem będzie trudno je rozróżnić. Opisałam więc te, które utkwiły mi w głowie, zapadły w pamięć.

A czy któraś z nich jest Ci szczególnie bliska?

Mistyczną wieź poczułam z Ewką Matuszewską. Jestem przekonana, że gdybyśmy żyły w jednym miejscu i czasie, byłybyśmy przyjaciółkami. Ewka jest mi bliska jeżeli chodzi o wartości i konsekwencję życia. Ona robiła wszystko po swojemu, nie oglądając się na kogokolwiek, gdy miała jakiś pomysł, po prostu realizowała go. Miała bardzo pozytywistyczną naturę. Natomiast jeżeli chodzi o postać, która budzi szczególny podziw, to jest to bez wątpienia królowa kanałów, czyli Natalka Sendys.

Dodajmy, że Ewka w czasie wojny pracowała jako sanitariuszka w Szpitalu Dzieciątka Jezus. Była również studentką tajnego Wydziału Medycyny Uniwersytetu Warszawskiego. Była też członkiem Szarych Szeregów, należała do batalionu AK „Parasol”. I co najważniejsze, została z ciężko chorymi w punkcie przy alei Niepodległości, mimo że mogła uciekać. A po zajęciu tej placówki przez Niemców, 25-letnia Ewka i wszyscy ranni zostali zamordowani.

Ewka w pewnym momencie przestała wierzyć w Powstanie. Miała pełną świadomość, że zakończy się ono klęską. To stwierdzenie zachowało się we wspomnieniach mamy Ewki, Stanisławy Kuszelewskiej. Matka Ewki była peżetką i przebywała dosłownie 100 metrów od miejsca, w którym zginęła Mewa. Spotykały się często i zgodnie ze słowami matki, Ewka wiedziała, że to wszystko dąży do zagłady, że nie ma odwrotu. Ale to niczego dla Ewki nie zmieniało. Była konsekwentna – podjęła decyzję o zaangażowaniu się w walkę, pomocy ludziom i do końca była wierna tym ideałom. Upatrywała swoją wolność w wierności wyborowi, który podjęła. Z pewnością do końca liczyła, że Niemcy poszanują ustalenia kapitulacyjne i darują życie jej i pacjentom. Niestety pacjentów zamordowano na miejscu, a Ewkę i jej kolegę wyprowadzono na dziedziniec i rozstrzelano. Ciało Ewki zostało odnalezione wiosną ’45 roku. Jej zwłoki identyfikowała matka i w dokumencie ekshumacyjnym jest informacja, że Ewka w zaciśniętej dłoni trzymała zwinięty bandaż.

Wracając do Natalii Sendys, czyli „królowej kanałów”, o której wspomniałaś. W 1944 roku, gdy miała 19 lat, była w składzie jednego z pierwszych patroli, które weszły do włazu i po kilkugodzinnym marszu kanałami, znajdującymi się pod Warszawą, dotarł do Śródmieścia. Od tej pory Natalia penetrowała warszawską sieć kanalizacyjną, jako drogę łączności i ewakuacji.

Trochę irytuje mnie taka romantyczna wizja kanałów, które widzimy czasem na filmach – całkiem wysoko, szeroko, jasno, czyli nie tak źle. W rzeczywistości to wyglądało zupełnie inaczej. Sami Powstańcy, czyli ludzie, który przeżyli jeden wielki pożar miasta, mówili że kanały to był kolejny krąg piekła. Pamiętajmy, że kanały były głównie drogą ewakuacyjną dla wojskowych, co swoją drogą jest dość smutne, bo to wojsko podjęło decyzję o Powstaniu, stawiając ludność cywilną właściwie przed faktem dokonanym, a potem przejęło jedyną drogę ucieczki. Natalia przeprowadzała z płonącej Starówki kanałami m.in. Komendę Główną Armii Krajowej, czyli najważniejsze osoby w państwie. Ona potrafiła zdyscyplinować nawet grupy wojskowych. Wojskowi mieli za sobą wojnę polsko - bolszewicką, a mimo tego często nie dawali rady w kanałach. Tym bardziej Natalia Sendys zasługuje na uznanie. To taka bohaterka, której należy się piedestał.

Natalia przeprowadzała wojskowych, którzy uciekali ze Starówki i sama, trochę z przypadku, wpadła w ręce Niemców, którzy wywieźli ją do Pruszkowa, do obozu przejściowego.

Po kapitulacji Starówki Niemcy zachowywali się jak bestie, o czym warto pamiętać. Może nie był to poziom rzezi na Woli czy Ochocie, gdzie miało miejsce regularne ludobójstwo, jednak sytuacja na Starym Mieście także była tragiczna. Natalce na szczęście udało się wmieszać w ludność cywilną i wyjść do Pruszkowa, przeżyć wojnę. Zmarła w 1990 roku w Warszawie. Najbardziej szokują mnie wywiady z Natalią, w których mówiła, że w sumie nie robiła nic niezwykłego. I podobna skromność dotyczy innych bohaterek Powstania, one nie potrafią mówić o swojej odwadze. Zresztą od tych wydarzeń minęło aż 80 lat a my dopiero zaczynamy mówić o kobietach, wyciągać je jako jednostki, a nie jak dotychczas, wrzucając do wspólnych worków „łączniki” czy „sanitariuszki”. Jakby żadna z nich nie miała imienia, nazwiska, stopnia wojskowego, wszystkie zostały potraktowane jak bezimienna masa.

Tło dla bohaterstwa mężczyzn.

Wieczne tło zamiast siły sprawczej. A w rzeczywistości każda z nich miała swój wkład i należy zwracać im należne miejsce w historii.

Zresztą podczas samego Powstania kobiety nie były traktowane serio, co irytowało Ewkę Matuszewską. A przecież nie pozostały bierne, mimo młodego wieku, wykazały się odwagą. Niestety w szerszym odbiorze było to traktowane pół żartem, pół serio.

Pamiętajmy, że w pierwszych dniach Powstania wszyscy, w tym młode kobiety i mężczyźni, mieli bardzo dobre nastroje, panowała ogólna radość, zabawa. Byli młodzi, po raz pierwszy od bardzo dawna wolni. Powstańcy zdobyli zakłady spirytusowe, browary, co jeszcze podgrzewało atmosferę. Natomiast w prasie pojawiały się artykuły wyłącznie o kobietach, sugerujące że to one zachowują się zbyt frywolnie, nie rozumieją powagi Powstania. Kobiety były też różnie traktowane przez kolegów z oddziałów. Oczywiście w niektórych oddziałach były traktowane na równi z mężczyznami, ale były też takie, w których chłopcy wstydzili się, że w ich oddziale są dziewczyny i kazali im maskować długie włosy czapką. Część dowódców popierała te przymusowe przebieranki także dlatego, żeby ratować dziewczęta. Było pewne, że Niemiec strzeli do mężczyzny, przy dziewczynie była szansa, że się zawaha. Oczywiście też część kobiet ani myślała przywdziewać męskiego stroju. Przeciwnie, malowały się starannie i bardzo dbały o wygląd, bo w ich odczuciu był to także akt oporu, coś co dodawało sił nie tylko im, ale i kolegom. To był przejaw buntu.

W chwili wybuchu wojny te dziewczyny były w wiośnie życia, miały wejść ze wszystkimi marzeniami w piękne, dorosłe życie. A wojna odebrała im te marzenia i nie tylko. Zresztą dobrze oddaje to cytat z Twojej książki: „Dawniej często marzyły o tym, co przyniesie pierwsze lato dorosłości, ale wojna odebrała im i to. Teraz, zamiast spacerować po plaży czy kryć się przed słońcem w cieniu parkowych alejek, przemieszczały się kanałami dogorywającego miasta”.

To są koszty wojny, o których nikt nie mówi. Często, czytając wspomnienia z Powstania, dowiadujemy się, że wszyscy Powstańcy byli gotowi na bohaterską śmierć. Nikt nie był jednak gotowy na kalectwo: spalenie połowy twarzy, spalenie włosów, które nigdy nie odrosną, ślepotę, utratę ręki czy nogi. Do tego dochodzi kalectwo wewnętrzne, bo tej młodości nikt im nie odda. Tego się nie cofnie, nie przeżyje jeszcze raz. Młodość to okres niewinności, marzeń, poczucia nieśmiertelności, pewnego rodzaju naiwności, głupotki – w tym pozytywnym znaczeniu. I oni zostali ograbieni z tego. To ich koszt wojny.

Powstanie ograbiło miasto i ludzi. Trudno wyobrazić sobie jakim było koszmarem, skoro w 1943 roku, czyli jeszcze przed Powstaniem, już było bardzo źle. Pozwolę sobie przytoczyć cytat z „Dziewczyn ze Słowaka”: „Terror w Warszawie narastał. Miasto oddychało strachem. Łapanki, wywózki, aresztowania, publiczne egzekucje, po których przypadkowe resztki ciał zamiatano z chodników szczotkami wprost do rynsztoka, posiniaczeni ludzie, plamy krwi na bruku, nieustanne kontrole na porządku dziennym”.

Pamiętam, gdy mój profesor (rocznik ’31) na studiach opowiadał o tym, jak narasta taka ogólna znieczulica. Gdy pierwszy raz widział człowieka z przestrzeloną głową, leżącego w kałuży krwi, był to wstrząs. Pół roku później takie sytuacje były traktowane na porządku dziennym, gdy weszło się krew, wycierało się but o trawę i szło dalej. Ludzie oswajali się z tym strachem, przemocą, bo nie było innego wyjścia, przecież nie można żyć w ciągłym „zaciśnięciu”. Świadczą o tym chociażby żarty, memy okupacyjne. Zamieniano w żart rzeczy, których nie można było udźwignąć.

„W spustoszonej Warszawie brakowało wszystkiego. Mówiono, że po powstaniu Niemcy wywieźli z i tak ograbionej już przez kilka lat okupacji stolicy około czterdziestu pięciu tysięcy wagonów kolejowych oraz kilkanaście tysięcy ciężarówek załadowanych po brzegi mieniem warszawiaków. Kradli nie tylko srebro, złoto i dzieła sztuki, lecz nawet szyny tramwajowe czy latarnie uliczne. Wracający do stolicy ludzie nie mieli gdzie spać czy ugotować sobie posiłku. Zdobycie dachu nad głową i osłony przez mrozem i wiatrem stanowiło nie lada wyzwanie”– to również cytat z twojej książki, obrazujący splądrowaną Warszawę. Ten obraz przeraża.

To było totalnie metodyczne działanie – w dzielnicach, z których wypędzono Polaków do obozu przejściowego, plądrowano przez całą jesień kamienicę po kamienicy, mieszkanie po mieszkaniu. Jak się dało zerwać ładnie tapety, to zabierano nawet je. O meblach, tkaninach, książkach nie wspominając. Niemcy dali kilka przepustek do miasta historykom sztuki, którzy mieli rozróżniać rzeczy bardziej wartościowe od tych mniej. Kradziono także ławki, latarnie, szyny tramwajowe, dosłownie wszystko, co miało jakąkolwiek wartość i potencjał. Najpierw okradano budynki a potem palono je. Poziom tego bestialstwa jest przerażający – zarówno na mieście, jak i na ludziach.

Poruszyłaś bardzo trudny temat, dogłębnie go analizowałaś, czytałaś osobiste wpisy tych dziewczyn. Jak to wpłynęło na Ciebie?

Z samym researchem miałam o tyle łatwo, że zrobili go za mnie pracownicy Słowaka. Pani wicedyrektor szkoły, Tatiana Szott, wraz z grupą historyków i absolwentów od bardzo dawna gromadzą biogramy absolwentek i nauczycielek szkoły. Otrzymałam od nich bardzo bogaty materiał źródłowy, więc nie musiałam go szukać, wystarczyło, że przeczytam to wszystko i utkam z tego opowieść. Sama treść była trudna, szczególnie te prywatne zapiski. Jest taka książka Wandy Połtawskiej, zawierająca jej wspomnienia z obozu koncentracyjnego w Ravensbruck, pt. „I boję się snów”… Rzeczywiście trochę tak jest, że gdy obcujesz z takim materiałem źródłowym, dopóki to z ciebie nie zejdzie, boisz się snów.

Rozmawiała: Kinga Walczyk