Szanowna Redakcjo! Wiem, że temat żuli i bezdomnych w Warszawie to temat rzeka. Już nawet nie chce się nikomu o tym rozmawiać, bo normą stała się zautomatyzowana obsługa parkingów (m.in. na rogu Sienkiewicza i Jasnej), czy "siatka wolonatariuszy" przy pasażu Krzywickiej, Szymborskiej i na Patelni, zbierających datki dla potrzebujących ("kochany, poratuj złotóweczką"). Ale, czy na pewno chcemy to tak zostawić?

Przybiera to bowiem coraz gorszą formę. Oto dowód. W bloku, w którym mieszkam (nr 7), regularnie przebywają żule. Kilka dni temu trzech panów: jeden na bosaka, drugi z wycieraczką w ręku, trzeci zakrwawiony. Panowie dostają się do bloku, ponieważ znają kody do domofu, którymi posługuje się m.in. policja, pogotowie. Skąd je mają? Nie mam pojęcia. Ale jedno wiem - windy są regularnie zasikane, klatki schodowe również, choć nie tylko zasikane. Mieszkańcy boją się i są bezsilni, choć jest ich coraz mniej, ponieważ blok stał się "hotelem" i większośc mieszkań jest wynajmowana. 

Piszę ten list trochę z besilności. Wierzę jednak, że znajdzie się ktoś, kto pomoże w tej sytuacji - na władze miejskie i służby już raczej nie liczę, bo ewidentnie nie potrafią sobie z tematem poradzić. Jakiekolwiek zgłoszenia na policję i do dzilnicowego nie przynoszą jakichkolwiek efektów. Może więc jest w Warszawie wspólnota, która miała podobny problem i sobie z nim poradziła? I podzieli się wiedzą, jak to zrobiła? Może życie w bloku wróci do normalności i każde wyjście i wejście do bloku będzie przyjemością, a nie traumatycznym przeżyciem, bo nie wiedomo, czy trafi się na obsikaną winde, fakalia na klatce schodowej, czy imprezujących żuli na półpiętrze.  

Weronika
Miszkanka bloku przy Bagnie