Informacja o pożarze hali kupieckiej przy ulicy Marywilskiej, mocno mnie zasmuciła. Jednym z powodów był ten, który towarzyszył większości z nas, czyli po prostu współczucie dla drugiego człowieka, tracącego jakąś część dorobku, może i cały towar, oraz miejsce pracy.

Wyobrażałam sobie tych ludzi i przerażające było to, że nagle tysiące osób nie wie co ze sobą zrobić, co dalej. Dzień po pożarze skontaktowałam się nawet ze znajomym Wietnamczykiem, który miał na Marywilskiej swój biznes, a który odpisał mi :”jestem bardzo zdezorientowany (…) straciłem wszystko z dnia na dzień”. Trudno, żeby w takim momencie nie pochylić się nad losem drugiego człowieka, nie zastanawiać się nad tym, co zrobiłoby się na jego miejscu. Myślę, że część z nas zderzyła się w swojej głowie z różnymi, może nawet filozoficznymi, refleksjami. I to jest jedna strona medalu – empatia wywołana cierpieniem/ kiepskim losem innych ludzi.

Drugą stroną jest fakt, że Warszawa utraciła jedno z kultowych miejsc. Kto bywał na Marywilskiej, ten wie co mam na myśli. Na Marywilskiej był ten niepowtarzalny (azjatycki) klimat. Tak, było też tam sporo Polaków, i innych narodowości, ale jednak dominowali Azjaci. Ja na Marywilskiej bywałam cyklicznie i z zaciekawieniem przyglądałam się temu „miastu w mieście”. Zawsze urzekało mnie to, że aż tylu Azjatów przyjechało do obcego, dalekiego kraju, a jednak potrafią stworzyć swoją społeczność, trzymać się razem. Wiadomo, w grupie łatwiej. Ciekawiła mnie też ich pracowitość – świątek, piątek, a oni w pracy. Nie wiem, czy macie świadomość, ale Marywilska była czynna również w niedzielę? Wielu kupców pracowało siedem dni w tygodniu, co dla mnie było niemałym szokiem, jednak szanuję ten rodzaj determinacji i chęci dorobienia się czegoś. To, co zawsze zwracało moją uwagę, to azjatyckie dzieci, które między sobą, podczas zabawy czy rozmów, komunikowały się wyłącznie w języku polskim i muszę przyznać, że była to płynna polszczyzna. To jakoś zawsze najbardziej kruszyło moje serce – ta chęć asymilacji, nie odstawania od reszty i pewnie perspektywa, że te dzieci pozostaną w Polsce na długie lata.

Za każdym razem, gdy byłam na Marywilskiej obserwowałam właśnie tę sztamę pomiędzy Azjatami i te ich dzieci – może nawet bardziej już polskie niż azjatyckie. I jakoś to wszystko owocowało moją sympatią. I nawet nie denerwowałam się za bardzo, gdy nie można było spokojnie przejść, bo ciągle ktoś zaczepiał: „Pani, perfumy!”, „Pani, paznokcie!”, „Pani, bluzki tanio!”. Po prostu taki koloryt tego miejsca. Nie zapominajmy też o Polakach, którzy prowadzili na Marywilskiej wiele fajnych butików. Byli tam od lat i też wrośli w to miejsce. Podejrzewam, że było ono ich drugim domem. Nie chcę odnosić się do „historii najnowszej”, czyli wysokich kosztów wynajmu, strajków etc., bo tekst ma być sentymentalny i myślę, że może nawet jeżeli ktoś z kupców miał już dość tej całej Marywilskiej, to i tak w jego sercu i głowie nadal żyje wiele pięknych wspomnień, kolekcjonowanych przez długie lata „marywilskiej” historii.

Poniżej zdjęcie, które zrobiłam 19 kwietnia, czyli na niecały miesiąc przed pożarem hali, a które zawsze będzie dla mnie ostatnią pamiątką po „mojej” kultowej Marywilskiej.